Zenobiusz-Samotny wilk

Przypomnienie o co walczymy,Budujcie bustery,róbcie orgonity !!!

Kamień na czerwonym szańcu…

Posted by zenobiusz w dniu 23 Czerwiec 2013


Kamień na czerwonym szańcu…

Opublikowano 7 stycznia 2012, autor: yuhma

Blog który warto czytać(zen)

Przeżył akcję pod Arsenałem
i inne słynne akcje bojowe „Szarych Szeregów”,
przeżył Powstanie,
jako jeden z nielicznych bohaterów „Kamieni na szaniec”
dożył tzw. wolnej Polski.
Dla niego nie okazała się ani Polską, ani wolną…
Jest wigilia Bożego Narodzenia 1948 roku. Do mieszkania państwa Rodowiczów w Warszawie wpada kilku funkcjonariuszy komunistycznej „bezpieki”. Przeszukują mieszkanie i zabierają ze sobą syna Rodowiczów, Jana, pseudonim konspiracyjny „Anoda”. Mówią, że tylko na przesłuchanie i że wróci. Ale nie wrócił nigdy. Po dwóch tygodniach już nie żył. Oprawcy próbowali wmówić rodzinie, że popełnił samobójstwo, ale znajomy lekarz po obdukcji zwłok (nielegalnej, oczywiście) stwierdził, że Janek został zakatowany. Połamane żebra, zmiażdżona klatka piersiowa i jama brzuszna. Jakby ktoś skakał po nim butami. Historii aresztowania i śmierci porucznika Jana Rodowicza, pięknej, bohaterskiej postaci, legendarnego żołnierza batalionu „Zośka” AK, poświęcony jest  spektakl Teatru Telewizji w ramach Sceny Faktu pt. „Pseudonim Anoda”.

 

Mimo że od obalenia PRL upłynęło już 19 lat, dotąd nie wyjaśniono ostatecznie okoliczności, w jakich zginął Jan Rodowicz. W sierpniu 1991 roku, a więc już w wolnej Polsce, wprawdzie podjęto śledztwo w sprawie wyjaśnienia tej śmierci, ale po kilku latach umorzono je z powodu rzekomej niemożności stwierdzenia faktu zabójstwa. Refleksje nasuwają się same: widocznie osoby powiązane ze śmiercią „Anody” albo też ich dzieci (już dorośli przecież ludzie) oraz rozmaici „pociotkowie” zajmowali w latach dziewięćdziesiątych (albo i jeszcze zajmują) eksponowane stanowiska w państwie i funkcjonowali (a może nadal funkcjonują) w życiu politycznym kraju. Chciałabym się mylić. W każdym razie dziwna jest ta indolencja w wyjaśnieniu tej sprawy, a raczej niewyjaśnianiu. Historia Jana Rodowicza, odznaczonego przez Grota-Roweckiego, komendanta Sił Zbrojnych w kraju, krzyżem Virtuti Militari za bohaterską postawę w czasie wojny, była przez cały PRL skrzętnie skrywana, funkcjonowała jedynie w relacjach rodzinnych. Tylko członkowie rodziny przekazywali sobie wzajemnie, z pokolenia na pokolenie, wiedzę na temat tzw. sprawy Jana Rodowicza.

 

Po przedpremierowym pokazie „Pseudonim Anoda”, na którym obecna była rodzina bohatera spektaklu, zapytałam bliską krewną Jana Rodowicza, jak to właściwie było, jak w rodzinie funkcjonuje ta „zagadka”. Okazuje się, że matka „Anody” (nieżyjąca już od lat) dementowała, gdzie tylko mogła, wersję samobójstwa syna. Opierała się na informacji zaprzyjaźnionego z rodziną lekarza, a także innych osób. Według tej wersji, Jan Rodowicz próbował uciec przez otwarte okno w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego na Koszykowej, lecz potknął się o jakiś wystający element i spadł. Był jednak żywy. Natychmiast z powrotem przywleczono go i torturowano szczególnie okrutnie, zamykając w takiej specjalnej maszynie do tortur w rodzaju szafy, która wymiarowo była za mała jak na wysokość Rodowicza. Bohater był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. I w tej sytuacji został zmiażdżony w owej potwornej machinie. Można z tego wnioskować, że plany „bezpieki” były inne, potrzebna była im żywa ofiara, żeby wydobyć informacje, nazwiska pozostałych osób z batalionu „Zośka”, przełożonych, dowódców itp. Potem, być może, urządzono by pokazowy proces, w którym starano by się skompromitować bohaterstwo Rodowicza i skazano by go na śmierć czy w najlepszym wypadku na dożywocie.

 

W spektaklu „Pseudonim Anoda”, zrealizowanym na podstawie sztuki Pawła Mossakowskiego, reżyser Mariusz Malec ukazuje scenę nieudanej ucieczki Rodowicza przez okno i zaraz potem widzimy go przyniesionego przez dwóch funkcjonariuszy czy raczej siepaczy „bezpieki” torturujących go w szczególnie okrutny sposób. Prócz katowania ofiary krzesłem i czym popadło jeden z oprawców kilkakrotnie zeskakuje z biurka na brzuch leżącego na podłodze Rodowicza. Oczywiście, ze skutkiem śmiertelnym. Jest tak zacietrzewiony, że mimo iż major krzyczy: „dość”, ten nadal go torturuje. A potem mówi: „Zbierało się i tak mnie poniosło”. W tej sytuacji sfabrykowano wersję, że niby nie wytrzymał, pękł, wsypał kolegów i popełnił samobójstwo. Ten spektakl jest ważnym głosem w sprawie przywrócenia pamięci o poruczniku Janie Rodowiczu, bohaterze „Kamieni na szaniec”, akcji Pod Arsenałem, akcji odbicia pociągu pod Celestynowem, bohaterze Powstania Warszawskiego (wielokrotnie ranny) i innych działań w obronie Ojczyzny i jej suwerenności. Gdy władze PRL otrąbiły amnestię dla tych, którzy się ujawnią, zaufał i ujawnił się. Może spektakl ten przyczyni się do tego, że wreszcie zacznie się publicznie mówić o „Anodzie”. I może nakręcony w ubiegłym roku film telewizyjny o Rodowiczu zostanie powtórnie wyemitowany, z tym że o jakiejś godziwej porze oglądalności, a nie – jak to zrobiono w listopadzie 2007 roku – około godziny ósmej rano. Kto wtedy ogląda telewizję?

 

To interesujący spektakl, z dobrymi aktorskimi rolami. Tytułowego bohatera gra przekonywająco Łukasz Dziemidok. W roli ojca, profesora Kazimierza Rodowicza, występuje Jan Englert. Zbolała twarz matki świetnie granej przez Grażynę Barszczewską pozostaje w pamięci. Nie braknie tu przejmujących scen. I to nie tylko tych z przesłuchań „Anody”, ale są i inne, jak ta, kiedy matka kładzie synowi do trumny jego najwyższe odznaczenie – krzyż Virtuti Militari. Natomiast tym, co mi przeszkadza w tym spektaklu, jest sposób narracji. Szybki, cięty montaż, tzw. przeplatanka, krótkie retrospekcje mogą wprowadzić trochę zamieszania w odbiorze spektaklu. Forma ta wynika pewnie z poszukiwania nowego języka artystycznego, co w wypadku dzieła mającego znamiona dokumentu nie zawsze jest tym najlepszym wyjściem. Typowym przykładem jest tutaj sprawa śmierci bohatera i scena tuż po niej, kiedy kwestie głównego oficera śledczego, majora Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (w tej roli Lech Mackiewicz), są niejako rozczłonkowane. Kamera kilka razy powraca do tej samej sceny, major powtarza swoje kwestie za każdym razem bardziej rozszerzone i dopiero przy ostatniej „powtórce” odbiorca uzyskuje pełną informację. Nie wydają mi się uzasadnione artystycznie te nagłe skoki kamery.

 

Temida Stankiewicz-Podhorecka
„Nasz Dziennik” 19. 05. 2008

Ze strony http://www.teatry.art.pl/

„Pseudonim Anoda” na podst. sztuki Pawła Mossakowskiego, reż. Mariusz Malec, zdj. Mariusz Palej, scenog. Ewa i Andrzej Przybyłowie, kost. Elżbieta Radke, muz. India Czajkowska, kons. historyczna dr Tomasz Łabuszewski IPN, Teatr Telewizji – Scena Faktu, emisja 19 maja 2008 roku.

Wspomnienie

Jedna odpowiedź to “Kamień na czerwonym szańcu…”

  1. zenobiusz said

    Dodatkowe filmy na stronie źródłowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: